I onde dager. Opis filmu. Chcą zakończyć nieudane małżeństwo, mordując siebie nawzajem. Wyjeżdżają do chaty na odludziu, by zrealizować swój plan, ale stają w obliczu jeszcze większego zagrożenia. player. hqq. dood. mix. file1.
Duże złe wilki. Big Bad Wolves. 2013. 6,8 12 620 ocen . 9 526 chce zobaczyć . 6,3 14 ocen krytyków . Strona główna filmu . Podstawowe informacje.
W najbliższą niedzielę (2 marca) w DCF-ie odbędzie się pokaz przedpremierowy filmu Navota Papushado i Aharona Keshalesa „Duże złe wilki”. Ten hitchcockowski w stylu thriller, który Quentin Tarantino okrzyknął jednym z najlepszych filmów roku, zdobył już pięć izraelskich Oscarów.
Duże złe wilki (2013) Lektor PL 720p premium. 02:12:28. Kobiety mafii (2018) Cały film PL 1080p premium. 01:26:22. Śmierć gwarantowana (albo zwrot pieniędzy)
Duże złe wilki. Big Bad Wolves. 2013. 6,8 12 628 ocen . 9 515 chce zobaczyć . 6,3 14 ocen krytyków . Strona główna filmu . Podstawowe informacje.
Oko za oko. Recenzja filmu: „Duże złe wilki", reż. Aharon Keshales, Navot Papushado. Liczba nieoczekiwanych zwrotów akcji w tym klaustrofobicznym, mrocznym filmie da się jedynie porównać z wyrafinowanym mistrzostwem Hitchcocka i Polańskiego razem wziętych. Izraelski thriller „Duże złe wilki” – reklamowany jako najlepszy film
uXkWe. 7 mar 14 09:26 Ten tekst przeczytasz w 2 minuty "Duże złe wilki" Aharona Keshalesa i Navota Papushado to film, których jednych zniesmaczy, a innych zachwyci. Dlatego przed zakupem biletu do kina warto być świadomym tego, co tak naprawdę oferuje ten zabarwiony czarnym humorem i obrazową przemocą izraelski thriller. Foto: Materiały prasowe "Duże złe wilki" - kadr z filmu Prawda jest taka, że gdyby nie pochwała ze strony Quentina Tarantino, który nazwał "Duże złe wilki" najlepszym filmem 2013 roku, obraz Aharona Keshalesa i Navota Papushado nie miałby szans zaistnieć na szerszą skalę. Produkcja ta nie posiada bowiem zbyt wielu elementów, które wyróżniłyby ją znacznie spośród tworzonej każdego roku masy solidnej filmowej przeciętności. Opowieść o brutalnej zemście na człowieku podejrzanym o bycie pedofilem i mordercą jest z jednej strony zbyt ironiczna i lekka, aby skłonić do poważnych refleksji nad mrokami ludzkiej natury, z drugiej jednak czarny humor i komizm sytuacyjny nie są w stanie do końca zrównoważyć mocniejszych scen filmu, w efekcie czego "Duże złe wilki" zbliżają się w kilku momentach niebezpiecznie do granicy kina exploitation. Tarantino to jednak Tarantino, jego nazwisko pomogłoby wypromować nawet dokument o tańcu godowym świstaków, więc izraelski thriller stał się jednym z tych filmów, które trzeba zobaczyć. I trafił do gustu wielu widzów, w szczególności tych lubujących się w B-klasowym kinie zemsty oraz atrakcyjnej postmodernistycznej zabawie. Entuzjastyczna opinia amerykańskiego reżysera nie wzięła się znikąd, bowiem w "Dużych złych wilkach" pełno elementów, które Tarantino ceni sobie w kinie – obrazowa przemoc (łamanie palców, wyrywanie paznokci), ironiczny humor (w trakcie torturowania podejrzanego dzwoni matka torturującego, po czym ruga syna za oschłość), absurdalne dialogi o wszystkim i o niczym (zgodnie z tytułem, w filmie pojawia się sporo nawiązań do baśni braci Grimm), mocne postaci biorące sprawy we własne ręce (ojciec zamordowanej dziewczynki pragnie zemsty), manipulacja formą (klimatyczne zdjęcia Giory Bejacha służą wodzeniu widza za nos), zabawa konwencją (film przechodzi płynnie z kryminału w czarną komedię, z thrillera w dramat) itd. Jednak widzowie, którzy nie są zagorzałymi fanami stylu preferowanego przez Tarantino, nie znajdą w „Dużych złych wilkach” wiele więcej, gdyż film Keshalesa i Papushado rzadko kiedy sięga pod atrakcyjną powierzchnię opowiadanej historii. Katalizatorem wszystkich wydarzeń, pościgów, tortur i zwrotów akcji jest bestialski mord na małej dziewczynce, ale w pewnym momencie zaczyna on mieć dla opowieści znaczenie jedynie symboliczne, bowiem duet izraelskich twórców jest zainteresowany przede wszystkim wciągnięciem widza w grę nawiązań, zapożyczeń oraz zabawy każdym możliwym elementem narracji i fabuły. Poza prologiem i finałem "Duże złe wilki" posiadają podobny ciężar emocjonalny co "72 godziny" McG. Keshales i Papushado za bardzo zachłysnęli się swoimi umiejętnościami filmowej stylizacji (kino Tarantino nie jest jedynym zauważalnym na ekranie tropem fabularnym) i zapomnieli o wypracowaniu sobie własnych reżyserskich osobowości. Ich jedyną prawdziwie oryginalną koncepcją jest nieustanne parafrazowanie baśni o Jasiu, Małgosi i złym wilku (co jest dość intrygujące, bo w pewnym momencie widz musi zacząć zgadywać, kto jest w tym scenariuszu wilkiem, i czy jest to tylko jedna osoba), ale to raczej tylko kolejny element ich zabawy z kinem i widzem. Cała reszta jest solidną i zręczną imitacją, aczkolwiek pozbawioną polotu, dzięki któremu Tarantino stał się idolem dziesiątków naśladowców z całego świata, a także opowieścią tak ironiczną i dystansującą się od jakiejkolwiek powagi, że wypraną z autentycznych emocji, które mogłyby pomóc filmowi wznieść się na wyższy poziom. Nie jest to kopia nieudolna, bo w "Dużych złych wilkach" znalazło się sporo ciekawych i dobrze pomyślanych scen, a główni wykonawcy dają chwilami prawdziwy popis gry aktorskiej, jednakże w ostatecznym rozrachunku po prostu zbyt przeciętna, by zapisać się na dłużej – nie tyle w annałach kina, ale nawet w ramach jednego sezonu filmowego. Produkcja ta z pewnością podzieli publiczność, natomiast widzom świadomie oczekującym konkretnego typu atrakcji "Duże złe wilki" taką właśnie rozrywkę dostarczą. Data utworzenia: 7 marca 2014 09:26 To również Cię zainteresuje Masz ciekawy temat? Napisz do nas list! Chcesz, żebyśmy opisali Twoją historię albo zajęli się jakimś problemem? Masz ciekawy temat? Napisz do nas! Listy od czytelników już wielokrotnie nas zainspirowały, a na ich podstawie powstały liczne teksty. Wiele listów publikujemy w całości. Znajdziecie je tutaj.
Autorem recenzji jest Robert Skowroński. „Wilk jest duży, wilk jest zły” można sparafrazować znane powiedzenie. Ale czy nowe dzieło izraelskiego duetu Papushado i Keshalesa – „Duże złe wilki”, można uznać za wielkie? Bliżej mu raczej do złego. To drugi film wspomnianego duetu reżyserskiego, który zaczął współpracę w 2010 roku przy okazji horroru „Kalevet”. O ile wtedy nie było wątpliwości co do tego, z jakim gatunkiem filmowym mamy do czynienia, tak przy okazji „Dużych złych wilków” nie jest już to takie oczywiste. Zaczyna się intrygująco. Widzimy małe dzieci bawiące się w chowanego w opuszczonym domu. Wszystko odbywa się w spowolnionym tempie, muzyka dodaje scenie dramaturgii. Jedna z dziewczynek biorących udział w grze znika, czy też zostaje porwana. Zdaje się, że zobaczymy dzieło będące dramatem, ale już kolejne sekwencje temu przeczą. Oto ubrani po cywilnemu policjanci katują przy użyciu pięści i…książki telefonicznej podejrzanego o to zajście, przy okazji pozwalając sobie na soczyste żarty. Film sensacyjny? Czarna komedia? Jakby tego było mało w miarę rozwoju fabuły, kiedy dziewczynka zostanie znaleziona brutalnie zamordowana, a jej ojciec będzie chciał wymierzyć sprawiedliwość na własną rękę, będziemy też mieli styczność z elementami thrillera, kryminału, a nawet filmu gore. Postmodernistyczny mix gatunków filmowych – tym właśnie są „Duże złe wilki”. Nic dziwnego, że obraz przypadł do gustu Quentinowi Tarantino, którzy okrzyknął go najlepszym dziełem 2013 roku. Kto jak nie sam mistrz mieszania gatunków mógłby zachwycić się takim żonglowaniem od dramatu aż do gore? Tylko, że Tarantino robi to zgrabnie, z pomysłem i inteligentnie. Papushado i Keshalesa zmieniają co kilka chwil konwencję, wygląda to jak przepychanka dwóch, a może nawet więcej, pomysłów na ostateczny obraz filmu. Twórcy nie potrafią połączyć spójnie powagi i parodii, efektem tego jest bylejakość. Innym z powodów, dla których reżyserowi „Pulp Fiction” mogła się tak spodobać izraelska produkcja jest scena tortur w piwnicy. Ojciec dziewczynki wymyślnymi metodami próbuje wydobyć z pedofila potrzebne mu informacje. Skojarzenie z „Hostelem”, którego producentem wykonawczym był Tarantino, jest w pełni naturalne. A wspomniana sekwencja policyjnej brutalności z początku filmu w dużym, opuszczonym pomieszczeniu? Coś podobnego widzieliśmy już we „Wściekłych Psach”. Żartów, które bardziej niż salwy śmiechu wzbudzają politowanie jest tu wiele – rozpływanie się nad zapachem przypalonego ciała porównanym do grillowanego mięsa, telefony nadopiekuńczej matki do jej już leciwego syna, groteskowy staruszek żywcem wyjęty z kreskówki, śmieszne sygnały dzwonków telefonicznych przerywające co i raz drastyczne sceny. Jednak nie jest też tak, że wszystkie gagi w filmie są do niczego. Bywa czasami zabawnie, jak przy rozmowie policjanta żydowskiego pochodzenia z Arabem na koniu, gdzie tematem są stereotypy dotyczące ich pochodzenia. Jedyną postacią, która nie jest przerysowana i jest konsekwentna w swojej kreacji jest Dror, pedagog podejrzany o zabójstwo, grany przez Rotema Keinana. Już samym wyglądem pasuje do granej roli – okulary, zarost, przerzedzone włosy. Do samego końca ciężko jest się zorientować czy został on posądzony o zbrodnię słusznie, czy też jest zupełnie niewinny. Jego postać w pewnym stopniu przypomina nauczyciela z „Polowania” Vinterberga. Film próbuje, przynajmniej na początku, przekonywać nas, że zasłużył na tytuł nadany mu przez Tarantino. I udaje mu się, niestety na krótko. Szybko okazuje się być bezgatunkowym, nieśmiesznym i wręcz odpychającym (w momentami przesadzonych sekwencjach męczarni w piwnicy) obrazem. Jak wilki w kinie to tylko te z Wall Street, a i lektura „Czerwonego Kapturka” może się okazać wartościowsza. A tam też przecież mamy i dramat (chora babcia), kryminał (pytania Kapturka do wilka-babci) i nieco gore (pożarcie postaci), tylko, że w ciekawszej formie niż w „Dużych złych wilkach”.
Wybierając się na ten film myślałam, że wracając ciemną nocą z kina moja głowa zacznie produkować dziwne obrazki i skojarzenia. Opis filmu sprzyjał wyobrażeniu, że będzie to kino dla ludzi o mocnych nerwach. Nie mogłam pomylić się bardziej, choć miałam rację. Faktycznie, na ekrany telewizorów w najlepszym czasie antenowym „Duże złe wilki” nie trafią, bo i nie powinny. Ale. To „ale” w tym obrazie jest wyjątkowo znaczące. Bo faktycznie kino łatwe i przyjemne to nie jest, ale dawno się już tak serdecznie nie uśmiałam przy okazji oglądania filmu. Rozpoczynamy od historii, która powinna być czytana przez prokuratorów i to tych od spraw „ważniejszych”. Losy trzech bohaterów splatają się wokół odnalezionego w lesie zmasakrowanego ciała dziewczynki. Za słaby obrazek? Dziewczynki zgwałconej i pozbawionej głowy, której na miejscu zbrodni nie odnaleziono. Co oczywiste ta historia wstrząsa opinią publiczną małego miasteczka, zwłaszcza że morderca nie poprzestaje na jednorazowym pokazie. To już chyba wystarczy dla mniej odpornych, żeby zakończyć oglądanie po pierwszych minutach, a naprawdę nie warto. Sam początek do porywających nie należy i szczerze przyznam, że myślałam, że się zawiodę, ale reżyser Aharon Keshales przygotował niesamowitą niespodziankę. W takiej oto scenerii poznajemy trzech panów – Miki’ego, policjanta, który usiłuje złapać dewianta, Dror’a nauczyciela, który staje się głównym podejrzanym w sprawie i Gidi’ego, ojca zamordowanej dziewczynki. Kierowani żądzą zemsty Miki i Gidi posuwają się naprawdę daleko, po to by poznać prawdę o tym co się stało. Zwłaszcza Gidi budzi w sobie krwawego psychopatę, niezważającego na konsekwencje swoich działań. Skąd więc u mnie śmiech? Scenariusz jest tak ułożony, że pojawia się on w momentach największego napięcia. Kiedy już siedzicie w fotelu jak na szpilkach, szykując głowę do odwrócenia w tył, nagle słyszycie dialog, który sprawia, że mało co nie lądujecie pod ten sam fotel. Gidi opowiada swoją dopracowaną bajkę, opartą na kartotece sprawy córki, taką narracją, że może ona doprowadzić do emocjonalnego zawrotu głowy. Całą gamę zaskoczeń i surrealizmu dopełnia postać nieznajomego na koniu, pojawiająca się w filmie wyjątkowo, ale w tak niezwykłych okolicznościach, że nie sposób odebrać mu miana baśniowego. Przy okazji budowania narracji warto zwrócić też uwagę na ujęcia, zbliżenia, które zamieniają pozornie prostą scenę w skomplikowaną grę emocji. Nie zapominajmy o muzyce. Ścieżka dźwiękowa mogłaby się tu stać samodzielnym bohaterem – mocno niezrównoważonym zresztą. Nie jest dziwne, że filmowy plakat opatrzony jest komentarzem Quentina Tarantino, bo skojarzenia z tym twórcą nasuwają się same, z tym że izraelska bajka idzie o krok dalej niż on. Brutalność jest jeszcze bardziej zaostrzona, co za tym idzie komizm jeszcze bardziej zaskakujący. Ale bynajmniej nie można powiedzieć, że twórcy kpią sobie z tak tragicznego układu. Postacie nie mają bawić. Robią to mimochodem, pokazując przy okazji także złożoność psychologiczną człowieka, to co może w nim drzemać i czego lepiej nie budzić. Cała groza ludzkiego charakteru wychodzi w tym filmie na wierzch. I chwała twórcom, że udało się im uniknąć zarówno miałkiej komedii, jak i nieznośnego patosu. Film dziwny do granic możliwości. Zaskakujący jak tylko się da. Różnorodny do bólu. Gdyby Amerykańska Akademia Filmowa doceniała kinematograficzne perełki ten obraz musiałby zostać uhonorowany.
FILMY ONLINE NAPRAWDE DARMOWE Z LEKTOREM PL I NAPISAMI Całe filmy online za BĘDĘ DODAWAŁ NOWE SERDECZNIE DO OGLĄDANIA poniedziałek, 22 września 2014 Duże złe wilki (2013) OPIS:Brutalne morderstwo małej dziewczynki łączy ze sobą losy trzech obcych mężczyzn. Autor: Unknown o 09:20 Brak komentarzy: Prześlij komentarz Nowszy post Starszy post Strona główna Subskrybuj: Komentarze do posta (Atom)
Historia rozpoczyna się od ukazania nam bawiącej się w chowanego na opuszczonej posesji trójki dzieci. Scena przedstawiona jest w zwolnionym tempie, podkreślającym beztroskę sytuacji i jednocześnie budującym w widzu niepokój, że to tylko iluzja. W istocie sielanka dość szybko się kończy, gdy jedno z dzieci znika. Tak właśnie rozpoczyna się izraelska czarna komedia/thriller “Duże złe wilki” z 2013 roku. O filmie słyszałem już od jakiegoś czasu. Przyznam, że w dużej mierze zachęcił mnie do niego cytat z Quentina Tarantino, który ogłosił obraz najlepszym filmem roku. I przyznaję, że obraz Aharona Keshalesa i Navota Papushado broni się bardzo dobrze (z pewnością lepiej niż ich wcześniejszy “Kalevet” z 2010 roku). Film żongluje konwencjami i gatunkami w bardzo umiejętny sposób. Z początku mamy wrażenie, że oglądamy komedię akcji o niepokornych policjantach w stylu “Zabójczej broni”, po to by akcja przeszła przez psychologiczny dramat o zaszczuciu aż po rasowe torture porn, którego nie powstydziłby się Eli Roth. Jest to thriller o zemście, którego głównymi bohaterami są policjant z wydziału zabójstw i nauczyciel podejrzewany o okrutne dzieciobójstwo. Do tego duetu dołącza jeszcze opętany żądzą zemsty ojciec jednej z zamordowanych dziewczynek. Do samego końca nasze podejrzenia co do winy lub niewinności każdego z bohaterów się zmieniają. Obserwujemy ich relacje z przełożonymi i rodzinami zastanawiając się cały czas, który z nich jest mordercą? Albo czy w ogóle któryś z nich? Jest to też opowieść o konflikcie pokoleń, w którym starsza generacja uczy młodszą tego, jak być bardziej brutalnym i skutecznym w działaniach by osiągnąć swój cel. Film zdecydowanie nie jest dla każdego. Widzowie, którzy są mało odporni na oglądanie przemocy powinni podchodzić do niego ostrożnie, chociaż z pewnością warto. Opowieść jest poprowadzona sprawnie – bez błędów czy dziur logicznych. Aktorzy wykonują świetną robotę i nawet dla widza, który nie zna języka hebrajskiego sceny nie będą sprawiać wrażenia zagranych w sposób nienaturalny. Do samego końca trzyma w napięciu skłaniając go do zastanawiania się nad motywami bohaterów. Czy potrafimy zdecydowanie ich potępić? Może jesteśmy w stanie ich usprawiedliwić lub zrozumieć postępowanie? Polecam w szczególności miłośnikom mocnego kina i trudnych kwestii moralnych. Jakub Katulski Politolog, orientalista. Absolwent studiów bliskowschodnich Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zainteresowany w szczególności Lewantem, jego kuchnią, kulturą, literaturą i narodami. Specjalizuje się w relacjach Izraela z sąsiadami i Europą, ale jego zainteresowania sięgają też dalszych części świata.
duże złe wilki cały film